3 luty

 

 

Dzień dobry, czy może dobry wieczór. Jak to ze mną jest, coś, co miało być na już, robię z perspektywy kilku dni / tygodni. Do tego jeszcze zepsuł mi się nowo kupiony komputer. Muszę czekać na jego powrót z serwisu. Korzystam więc z przystawki do telefonu. Mam teoretycznie komputer, klawiatura, myszka, monitor a zamiast wielkiej skrzynki jest podstawka z telefonem. Ma to swój urok, jednak wiele mu brakuje, bym mógł nazwać go w pełni komputerem. Którego dzisiaj mamy? Powinno być 3 lutego, jednak piszę te słowa dopiero 24 lutego. To nie tak, że po takim czasie, nie wiem co się działo. Będę wymyślać różne, niespotykane historie. Co dzień robię notatki, tak by pamiętać to co najważniejsze. Piszę, gdy umysł, ciało są na tyle odprężone, bym mógł poświęcić więcej czasu na pisanie. Idę coś zjeść…co zajęło mi ponad trzy godziny. Po krótkim posiłku musiałem się położyć, tak więc to nie był dobry pomysł. Pełny brzuch i człowiek robi się senny. Z tego powodu mam do nadrobienia praktycznie cały miesiąc. Zobaczę, ile mi to zejdzie, czy jednak nie będę musiał przysiąść nad pamiętnikiem ostatecznie 10 marca. Więcej jednak czasu sobie nie dam. Wszystko zależy czy będę jeszcze po tej stronie muru. Wówczas będę musiał pisać drugą część, pt. Marcowy garniec. Chciałbym napisać parę słów, o tym, jak poznałem rudą, jak pamiętam operację czy jak godzinami siedziałem na czacie dla samobójców. Pierwsze nasze spotkanie było przypadkowe. Nie zwróciłbym na nią szczególnej uwagi, gdyby o tym nie wspomniała po kilku latach. Trochę mnie to zdziwiło. Dlaczego właśnie mnie zapamiętała? Przypomniała nasze pierwsze spotkanie na jednym czacie, na który wówczas zacząłem wchodzić. Nadmienię tutaj, że na ten czat zaglądam do tej pory. Może już nie tak często jak, kiedyś ale jednak. Wracając do pierwszego spotkania. Pierwszy semestr, jesień. Trafiłem do szpitala z ogromnym bólem brzucha. To był ostatni dzwonek, tak niewiele brakowało, a zniknąłbym z tego świata. Ruda była w pobliżu, właściwie wybierała się do jednego z pacjentów. Minęła moją salę, gdy ja spałem po długiej operacji. Do momentu naszej rozmowy minęło niespełna pół roku. Druga połowa, szóstej klasy podstawówki. Czasy pierwszego internetu w domu, gdy za korzystanie płaciło się, jak za rozmowę międzymiastową, za każdą minutę. Później gdy mieliśmy stałe łącze mogłem dłużej przesiadywać na czacie, forach. Tak poznałem wiele osób, myślę że podobnych do mnie. Trochę dziwnych, zagubionych w życiu. Obecnie żałuję, że nie skupiłem się tylko na tym jednym, może dwóch kanałach, bo ile było rozmów których być nie powinno. Te pytania o ciało, zaproszenia na potajemne spotkania. To co wówczas usłyszałem, gdy do mnie dzwonili, mocno odbiło się w późniejszym okresie na mojej psychice. Na tym jak postrzegam samego siebie. Oj jaki głupi byłem. Myślę że to, jak i późniejsze przypadkowe rozmowy z całkiem mi obcymi ludźmi, sprawiło moją nienawiść do własnego ciała, życia. Może nie do końca, tylko to, takich małych kamyków było wiele, czat dla samobójców, czaty o seksie, problemy związane z słabościami ciała. Do tego wszystkiego wrażenie, że w głowie siedzi kilka osób pragnących tak wiele różnych rzeczy jednocześnie.

 

 

„Potrzeby naszego ciała są skromne: domaga się ono jedynie ochrony przed zimnem, pokarmu dla zaspokojenia głodu i pragnienia. Wszystko, czego pożądamy ponadto, służy naszym wadom, a nie rzeczywistym potrzebom.”

 

Seneka Młodszy