2 Luty

 

Drugi dzień pisania. Wstałem dosyć późno. Z tego też powodu musiałem się nieźle nagimnastykować, by zdążyć ze sprzątaniem. Tak już mam, gdy w poniedziałek biorę urlop. Jadąc na terapię, czy też, by spotkać się z Anią. W zamian za to muszę przyjść do pracy w sobotę. Tak samo było i dzisiaj. Na całe szczęście głównie musieliśmy rozkręcić rurociąg i posprzątać na jednym z poziomów. Jeden z lepszych, a zarazem spokojniejszych dni w pracy. Nikt mnie nie gonił, chociaż chodzenie w tej mazi jest i tak strasznie męczące. Gdzie by nie stanąć, tam but jest zassany i ledwo da się go wyciągnąć. Spokojnie w ciągu tej dniówki przeszliśmy pięć kilometrów. Później była łopatologia stosowana i do domu. Dzień stosunkowo spokojny, można by powiedzieć, że nudny. W tym miejscu zakończyłbym ten wpis, lecz chciałbym jednak zapełnić tę kartkę w dzienniku. Postanowiłem, że uzupełnię wpis o list, o którym od dłuższego czasu myślę, by go napisać. List ma być swego rodzaju testamentem. Nie jest dla mnie ważne czy stanie się aktualny jutro czy za pięćdziesiąt lat. Jednak lepiej się zabezpieczyć w razie, gdyby był potrzebny choćby dziś. Jeśli coś się zmieni w trakcie mojego życia, to i treść się zmieni.

 

 

 

„Śmierć jest podobna do złodzieja torebek, kurewsko podobna. Okrada Cię ze wszystkiego, by potem z łaski oddać co nieco, budząc w tobie jednocześnie zdumienie i nadzieję.”

Jonathan Carroll

„Na pastwę aniołów”

 

Adam Miauczyński
Górny Śląsk

 

 

 

 

Mój pamiętnik

 

 

               Drogi mój pamiętniku, piszę te ostatnie słowa, by się nieco wytłumaczyć. Proszę również o wybaczenie. Za swe błędy, głupotę i co najważniejsze, za to, że nie byłem wystarczająco dobrym. Przez lata starałem się być w czymś dobry. Czy to w projektowaniu, czy fotografii czy na końcu w słowie pisanym. Poniosłem jednak sromotną porażkę. Myśli rozbiegane, a dusza rozdarta, pomiędzy ogromem pragnień, osobowości, czy słabości. Wiele po sobie nie pozostawiam, ogrom długów, niesmaku rozrzucony proch. Pragnę by mnie pozostała cisza. Czas poświęcony na pogrzeb, najlepiej spędźcie dla rodziny, czytaniu książek. Im mniej osób będzie, tym będzie mi lżej. Zamiast kwiatów, lepiej te pieniądze przelać na hospicjum, czy wybrany cel charytatywny. A to, co ze mnie pozostało, spalić i rozrzucić na cztery wiatry. By pomników nie stawiać, bo jedynie moje dokonania, czyny, niech pozostaną w pamięci. Szkoda kamieni, lepiej niech posłużą za schody do pięknego domu. Wiary mi nie było dane doświadczyć, więc i z kościołem mi nie po drodze. Nie chcę i nie mogę sobie pozwolić zrzucić winy za swe błędy na kuszenie szatana, czy wybór istoty wyższej. Czasem, gdy o mnie sobie przypomnicie, a będzie to raz na kilka lat, spójrzcie do mojej twórczości. Do słów, które po sobie pozostawię. Zatrzymajcie się na chwilę, w tej pogoni za nieznanym. Żegnajcie, radujcie się ze mną, że już mnie nie ma…

 

 

Spalić na stosie ostatnią kość, rozsypać na wietrze drobny pył…