Wczorajszy dzień, nie był dla mnie zbytnio łaskawy. Rozbieżność emocji biegała gdzieś po okręgu, a w środku gdzieś mój umysł. Zagubiony jak zwykle w takich chwilach. Działając jak na autopilocie, mówiąc, funkcjonując jak maszyna do robienia popcornu.

Noc ma tę szczególną moc, że mój umysł powoli łączy się z ciałem. Emocje stają się, współgrać z tym co jest. Siedzę przyklejony do laptopa, na stoliku nieopodal rozłożyłem…swoje nadzieje. Zamknięte w kilkunastu papierowych opakowaniach, czy też dwóch, brązowych słoikach. Sziedzę tak z nietęgą miną, starając się uporządkować to, co wydarzyło się w ciągu dnia. W tle muzyka wydobywa się z małych głośników, kupionych za psie pieniądze w jednym z sieciowych sklepów rtv.  Właśnie na scenę wszedł nieodżałowany Prince.


W pamięci pojawiają się pocięte, poszatkowane wspomnienia. A minęło zaledwie parę godzin, od kiedy wróciłem do domu. Nie potrafię. Czuję każdy skrawek ciała. W umysł powoli zaczynają wdzierać się małe odłamki szkła. Czasem, tak dla odmiany, pojawiają się wśród nich, zardzewiałe gwoździe. Zerkam tak co chwila, na ten stolik. Z nadzieją, niepohamowaną potrzebą. Uwolnić się od cielesności. Przenieść swój byt gdzieś w przestrzeń, pomiędzy wymiarami. Miejsce czystej energii. Bez dobra, czy zła. Spokojnie, bez paniki. Nie wezmę ich dzisiaj od razu. Pozostawiam sobie ten mały czarny nożyk. Wyobraźnia zmęczona ciężarem natłoku myśli. Pocięta przez te wszystkie drobinki szkła… wspomnień i emocji.  Łapię się na chwilowej utracie kontaktu z rzeczywistością. Już prawie zasypiam. Już chciałbym po raz kolejny wrzucić cytat z Zielonej mili. Ten o zmęczeniu. 

Moment, chwila. Przecież to nie tak miał wyglądać ten mój wpis w tym pamiętniku. Jednak w ustach pojawia się metaliczny smak, powiesz że to szalone i głupie. Ja jednak kocham ten posmak, gdy się gdzieś skaleczę, a krew powoli wydostaje się na powierzchnię. Odpływam gdzieś myślami. Umysł przestaje krzyczeć. Myśl o pocięciu ramion, przyniosła chwilową ulgę. A z głośników wydobywa się, piękny dźwięk gitary…


Słucham i marzę. Wędruję gdzieś poza czasem. Nie ważne czy to przyszłość, czy daleka przeszłość. Gdzieś, gdzie wszechświat narodzi się na nowo. To miała być tylko chwila, a ja tak siedzę nad tymi słowami nieprzerwanie od trzech godzin. Alkohol powoli wyparowuje. Popełniam coraz więcej literówek. I zastanawiam się, co tak naprawdę chciałem opowiedzieć.

 

 

 

 

 

 

 

 

Ab initio…

Czyli to, co było na początku mojej wędrówki. Rodzinę mam zwykłą/ niezwykłą. Niepotrzebne proszę skreślić. Mają wiele zalet, wad. Po prostu, a może aż są ludźmi. Wiele otrzymałem, choć wiele też sprawiłem przykrości. Od kiedy pamiętam, żyję w swojej bańce, swoim hermetycznym świecie. Pełnym niezrozumienia dla otaczającego świata. Czas płyną swoją ścieżką, a mój umysł był gdzieś poza. Już w dzieciństwie zdarzały mi się zaniki pamięci. Już wówczas potrafiłem przejść drogę ze szkoły do domu, nie mogąc sobie przypomnieć czy kogoś mijałem, czy z kimś rozmawiałem. Po kilku dniach wspomnienia wracały jak poszarpany film. Wiele się zmieniło w jedne wakacje. Ciało stało się brudne. Na tyle, że nie sposób tego umyć. Jednak tutaj się zatrzymam. Po Ch*j drążyć. Albo może opowiem jak, to było z perspektywy umysłu. Gdy ktoś całkiem obcy spogląda na ciebie z lustra. W chwili gdy umysł płonie. A właśnie. Małym kamyczkiem do tych częstych pożarów, mógł mieć mój mały wypadek z wczesnego dzieciństwa. A w zasadzie dwa spotkania z czymś betonowym. Czołowe zderzenie z kamienną doniczką, czy parę lat później, gdy moja głowa jak ping-pong, odbijała się od muru domu. Wybacz drogi pamiętniku, gdy w me myśli wkrada się chaos. To te kawałki szkła sprawiają, że nie potrafię się skupić na jednej ulotnej myśli. Myślę że przez te trzy wydarzenia, zacząłem spoglądać na świat, na siebie w lustrze jak na coś obcego. Coś, co z każdym rokiem brzydziło coraz mocniej. 

Zgubiłem po drodze własne emocje, schowałem się do bańki mydlanej. Chłonąc emocje z otoczenia. Każda przeczytana książka, obejrzany film, rozmowy, widok, jaki wyłaniał się z wiadomości telewizyjnych czy programów podróżniczych. Tak ta moja bańka wzrastała wraz ze mną. By raz za razem pęknąć w nieodpowiednim czasie. Zalewając mnie falą czegoś, co jest mi takie obce, niezrozumiałe.  Lata mijały, a ja zacząłem przyciągać osoby, które niezdrowo interesowały się tym jak wyglądam. Rzadko tym co chciałbym przekazać światu. Słowa stały się moim małym światem. Pochłonął mnie świat wirtualny, gdzie jestem tylko, ja. Może gdzieś po drugiej stronie ekranu są żywi ludzie. Jednak, gdy ból stawał się zbyt fizyczny, mogłem po prostu wyłączyć zasilanie i zniknąć pod kołdrą w tej małej pustelni. Słowa. Stały się moim przekleństwem. Są chwile, że w głowie kłębi się ich tak wiele, że nie potrafię wydusić z siebie ani jednego. Nie ufam już sobie, temu, co czuję, co robię, co pamiętam. Od chwili, gdy pękł wyrostek, zatracam się samounicestwieniu. Śmierć stała się nieodłącznym towarzyszem. Czuję ją, idąc chodnikiem, gdy mijają mnie rozpędzone samochody. Czuję, gdy idę w centrum handlowym na jakimś wyższym poziomie, zbliżając się do przeszklonej balustrady…

 

To było by na tyle na dziś… zasypiam, w uszach szum. Jest godzina 4, trzęsę się niesamowicie. Oczy bolą, mięśnie parzą z przemęczenia.

Pytaj, każde pytanie sprawia, że przypominam sobie coś, co chciałbym tu pozostawić po sobie…