Dzień dobry, poniżej przedstawiam wstępną wersję jednego ze zbiotu opowiadań. Proszę dajcie znać, czy idę w dobrym kierunku 🙂 wszelkie uwagi są dla mnie na wagę złota… By moje historie były ciekawe i dawały coś od siebie, tak by czas spędzony na lekturze nie był zmarnowany.

Pragnę powiedzieć o pierwszym dniu w nowym świecie. Obudziłem się w dosyć dziwnym miejscu. Leżąc przykryty grubą warstwą skór. Miałem nieodparte wrażenie, iż za chwilę się pod nimi ugotuję. W głowie się kręciło, jednak byłem do tego przygotowany. Przynajmniej tak mi się wydawało, skoro wiedziałem jakie mogą być skutki wyprawy na początek powstawania cywilizacji. Myśli biegną jeszcze szybciej niż do tej pory. Czy to jest prawdziwe? Czy jednak leżę nieprzytomny w swoim pokoju, a to się dzieje jedynie w moim umyśle. Bo jak to możliwe, że ja, mało rozgarnięty chłopak z ogromną ilością kompleksów dostaję szansę by stworzyć podwaliny nowej cywilizacji. Nie potrafiłem zrozumieć w jaki sposób z XXI wieku przeniosę się do czasów pierwszych osad. Loty
w kosmos już wszyscy znają lecz nikt nie ośmielił się by spróbować podróżować między wymiarami a tym bardziej w czasie. Wracając na ziemię, czy raczej do namiotu,  z zewnątrz słychać było odgłosy kroków, jednak byłem zbyt leniwy by wyjrzeć.  – Hej, czy jaśnie wielmożny się już obudził ? – Po tych słowach w wejściu do namiotu stanęła piękna nieznajoma. Długie ogniste włosy sięgające bioder. Myślę, że mogła spokojnie zostać kreatorką mody w świecie jaskiniowców. Strój dwu częściowy, powycinany ze skóry mamuta. Za cholerę jednak nie mogłem dojść jak to się wszystko razem trzyma, bo nici to raczej tutaj się nie da kupić. Uniosłem się lekko, opierając na łokciach, by móc się lepiej przyjrzeć. – No co się tak gapisz? Kobiety na oczy nie widziałeś? – trochę się zamyśliłem patrząc

i podziwiając jej urodę. – Tak wstałem – Podeszła do mnie i jednym szybkim ruchem zrzuciła ze mnie okrycie. – Chyba będę musiała Ci pomóc, bo coś widzę że masz opory by wstać.  – miała rację, przez te zawroty głowy jakoś nie specjalnie miałem ochotę się gdziekolwiek ruszać, tym bardziej gdy poczułem chłód jaki panował na zewnątrz- wiesz co? Może ja trochę jeszcze poleżę- zagaiłem próbując się na powrót przykryć, by zbytnio nie zmarznąć. – Chodź coś zjeść- bo marnie wyglądasz, a do namiotu to nie licz że przyniosę- Po tych słowach obróciła się na pięcie i wyszła w stronę ogniska. Ja natomiast ruchem słonia w składzie porcelany okryłem się tym strojem, jaki pozostał
w namiocie i wyszedłem do damy. – Jestem …- przerwała mi szybkim ruchem. – proszę bez imion, nie w bliskiej odległości lasu. Uszy ma wszędzie a imię jest niezwykle cenne jeśli chodzi o lęki. – Spojrzałem na nią z lekkim zmieszaniem, by po chwili dosiąść się do ogniska. – To w takim razie jak mam do Ciebie mówić ? – Gdy uda Ci się uporać z twoim dzisiejszym wyzwaniem, porozmawiamy
o swych imionach, może tak być? – nieco się zawiesiłem, wpatrując się w ogień – no, ok. Niech tak będzie. Co to za wyzwanie ? bo chyba nie jestem w temacie. – myślałam że nasz wspólny znajomy Cię  poinformował. Tak swoją drogą, co
o nim sądzisz? – jeśli chodzi o szatana to pomimo kilku spotkań jakoś nie wyrobiłem sobie zdania na jego temat. –Masz rację, ciężko jest mieć zdanie
o kimś, kto może być wszędzie i nigdzie. Choć z tym nigdzie to mam wątpliwości. Mniejsza o niego… dalej siedzisz w tym swoim grajdołku i się użalasz? – Ja? Skądże. Może czasem lecz nie tak często jak mogłoby się wydawać. Niby się nie znamy, a wydajesz się lepiej mnie znać niż ja sam siebie. Wstała, podeszła do namiotu, na chwile spojrzawszy – Sam mnie wybrałeś, jestem, będę twoją przyszłą żoną, choć jeśli nie przejdziesz próby, będzie nieaktualne. – weszła do środka, chwilę jeszcze siedziałem przy ognisku, czułem się dziwnie. Chyba nic do mnie w tamtej chwili nie docierało. No dobrze, czas coś zjeść. Żołądek przykleił się do kręgosłupa. Jedzenie nie należało do najwytrawniejszych, jednak ciężko o rarytasy w takim miejscu. By zbytnio nie odmrozić rąk, ogrzewałem się trzymając gliniany kubek,
z gorącą herbatą. Gdzieś w oddali majaczyły delikatne płomienie, dogasającego ogniska. Nic nie mówiąc rudej, postanowiłem zobaczyć czy ktoś jest przy tym ognisku. Mam lekkie problemy ze wzrokiem, a i z tej odległości trudno było cokolwiek dostrzec. Początkowo myślałem, iż odległość nie jest aż tak duża. Sto, góra dwieście metrów. Z każdym krokiem, mój punkt docelowy zdawał się oddalać. Doszedłem do momentu, gdy wokół zapanowała kompletna ciemność, a jedynym źródłem światła były dwa małe ogniska. Przystałem na chwilę. Iść dalej? Czy może wrócić i zapytać rudej jak to możliwe, że im szybciej idę tym  szybciej ognisko się oddala. Może i brzmi to komicznie, jednak miałem wrażenie że ten punkt przede mną ucieka. To była chyba najlepsza opcja, skoro tyle czasu tutaj spędziła, czekając aż się obudzę. Wracając, zauważyłem, że ruda wyszła z czymś przed namiot – Widzę że ciekawość wzięła górę, mam nadzieję, że nie próbowałeś tego ogniska dogonić.- Usiadłem naprzeciw wejścia do namiotu, – Hmm, czyżbyś próbowała? –A co miałam robić? Wiedziałam co się stanie, jak wygląda ten mały świat, czym jest las. Inaczej by mnie tu nie było. –Podeszła, usiadła obok, pokazała mapę, na której było zaznaczonych kilka punktów. – Patrz, tu masz ten Twój cały świat. Mały, jak już zdążyłeś zauważyć. Ognisko, do którego próbowałeś dotrzeć, to jedynie lustrzane odbicie tego, przy którym siedzimy. Im dalej się oddalisz od tego tutaj, tym dalej będzie tamten, do którego idziesz. Świat w którym się znalazłeś, porównaj sobie do Matrixa, którego ponoć jesteś wielkim fanem. Czerwoną pigułką jest las za namiotem, miejsce gdzie zobaczysz swoje lęki, ukryte pragnienia, jednak jedyne wyjście jest w głębi tego lasu. Z drugiej strony masz niebieską pigułkę, zostawisz to wszystko, obudzisz się kilka dni przed swoją próbą samobójczą i o wszystkim zapomnisz. – Chwilę się przyglądałem mapie- Powiedz mi dlaczego ten świat jest taki mały, i jak to jest możliwe?-Wskazując na las powiedziała- Wielkość, lasu odzwierciedla twój wiek, i to ile do tej pory przeżyłeś. To wszystko co jest po tej stronie, to są ludzie i ich historie. Sam wybrałeś, swoje przeznaczenie. Masz możliwość poznać wiele niesamowitych historii, musisz jednak dotrzeć do swojego dzieciństwa, które jest w sercu tego małego lasu. – Zabrałem mapę by móc się lepiej przyjrzeć – wiesz co, dzisiaj tego już nie ogarniam, a im więcej szczegółów tym bardziej się tracę, możemy wrócić do tego rano? Teraz chciałbym się przejść, i to przemyśleć- Ruda wstała i podeszła do namiotu – Dobrze, mamy dużo czasu, tylko nie wchodź jeszcze do lasu. W sumie to nie miałem zamiaru tam wchodzić, zastanawiałem się raczej jak to możliwe bym się na to wszystko godził. Ruda zabrała swoje rzeczy i weszła do namiotu.
Ja natomiast, potrzebowałem się przewietrzyć, czy jak kto woli rozprostować nogi. Chodziłem tak w kółko, z dobrą godzinę.  Zastanawiając się czy faktycznie tego chciałem. Co jeśli to tylko jakiś głupi koszmar, w którym mam zaniki pamięci a już wkrótce się obudzę i zapewne niczego nie będę pamiętał, bądź też jakieś małe fragmenty. Z każdym krokiem, robiłem się coraz bardziej śpiący. Zmęczenie dało się na tyle znać, iż postanowiłem nieco odpocząć. Leżąc na mchu, spoglądałem w niebo. Starając się odszukać coś, co jeszcze pamiętałem z dzieciństwa, gdy mogłem całymi godzinami wpatrywać się w nocne niebo. Oczy same się zamykały, walczyłem ze zmęczeniem coraz mocniej. Wzrok zaczynał płatać figle. Co jakiś czas gwiazdy układały się w wizerunek osoby
z mojego dzieciństwa. W momencie gdy postanowiłem wrócić do rudej, poczułem to dziwne mrowienie w mięśniach. Leżałem tak obezwładniony, nogi napięte do granic możliwości. Czułem jak coś się do mnie powoli zbliża, jednak paraliż kompletnie mnie zniewolił nie pozwalając na jaki kolwiek ruch a o ucieczce nie wspominając. Zamknąłem oczy w oczekiwaniu na najgorsze.

 

Nadszedł ten moment, gdy nie mam możliwości by, odkładać w nieskończoność. Zmierzyć się z  własnymi demonami. Po to tu jestem, tego oczekuje ode mnie ruda a tym bardziej szatan. Nie będę mógł ruszyć dalej, jeśli nie rozprawię się z własną przeszłością. Jest późny wieczór. W oddali słychać, delikatne śpiewy ptaków. Mam wrażenie, że chcą dodać mi otuchy. W jakiś sposób zapraszając do lasu. Stoję na początku ścieżki przeznaczenia. Powoli, niepewnym krokiem, zamierzam w głąb własnej duszy. Odwracam się, lecz w ostatniej chwili usłyszałem słowa rudej. – Pamiętaj, nie odwracaj się i nie uciekaj, niezależnie od wszystkiego co Cię tam spotka. – dobrze, niech będzie co ma być. Większej  odwagi dodało mi też słońce, które wyłoniło się zza chmur. Delikatnie rozgrzewając moje plecy. Teraz moja ścieżka nie wydaje się taka straszna, a promienie słońca sprawiły, że las wydaje się bardziej przyjazny. Tak oto kroczę w głąb swej duszy. Od chwili przybycia po czas przed narodzinami. Na tej ścieżce, spotkam tych wszystkich, którzy byli dla mnie w jakimś stopniu ważni. Idę powoli przed siebie. Z każdym kolejnym krokiem, las staje się coraz bardziej ciemny, mroczny. Z początku pełen kwiatów, ptaków i wiewiórek, staję się wilgotnym, nieprzyjaznym miejscem. Na dźwięk łamanej gałęzi, przystanąłem na chwilę. To wystarczyło by moje nogi oplotła winorośl. Czuję zmęczenie, a przed oczami widzę znajome miejsce. Wróciłem do domu. Widzę, jak policja wyprowadza mnie w kajdankach. Przy płocie zebrał się tłum gapiów, niekiedy widać błysk fleszy. Jestem tam, a jednak nieobecny. Nikt mnie nie dostrzega. Próbuję się uwolnić, jednak gdy się staram  oswobodzić ; w oknie pokoju dostrzegam zapłakane oczy rodziców. Stoją tak, wtuleni w siebie. Patrzą gdzieś w dal, a po policzkach płyną łzy, krwawe ze zmęczenia. Ogarnia mnie przygnębienie, chciałbym cofnąć czas. Dotknąć tych zapracowanych dłoni, powiedzieć, że będzie ok.  Na dom padają nieśmiałe promienie słońca. Czas iść przed siebie… By nie pozwolić się przytłoczyć.  W tłumie dostrzegam diabła, obok ruda, szeptająca -idź przed siebie, niezależnie od wszystkiego.-  Powróciłem do lasu. Nie uszedłem zbyt wiele, gdy poczułem, jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Stopy stają się coraz cięższe. Ręce  opadają bezwładnie. W ustach, znajomy posmak metalu. Krok, za krokiem. Mozolnie idę,  a przed oczami przemykają nieustannie, chwile trudne, chwile złe. Wspierany cichym śpiewem ptaków, na przekór,  słowom, gestom, które ranią niczym skalpelowy bat. Na rozstaje dróg, w miejscu gdzie spotkały się życie i śmierć. Z historii mego życia, wybrałem przeprawę rzeką styks. Ścieżki takie sam, kręte, zagmatwane. Porady nie ma skąd, a za mną ściana, mrok. Pójść w prawo?  Gdzie kwiaty utkały, pięknie pachnący dywan. Mógłbym dać odpocząć,  swym poranionym, zmęczonym stopom. Kusi, swą delikatnością, szepta miłe słowa. Druga droga wiedzie po korzeniach i skałach w dół.