Kamyk

Bawię się kamykiem, drobnym, nad własnym urwiskiem.
W pięknych słów obrazem, malowany staje się świat.
Gwiazda dnia, rozjaśnia stale Twe nieobecne życie.
Jesteś, jedynie w snach, jak to słońce, wskazujesz mi szczyt.

Urwisko staje się strome, ręce stają się podobne do ołowiu.
Świeci, jasnym blaskiem, w bezwietrzny dzień.
Wiem… tak, ja to wiem. Czym się zakończy ten sen.

Odrzucam kamyk, uczucia miłości. Staję się bezwładny,
stale opętany. Kłamstwa niechęć, płaczę potknięciem.
Opadnę wraz z Nim, na rumowisko przeszłości.
To co było jest mym, małym zbawieniem.
Tak będzie już dziś, choć powiesz że to nic.

Pozostał mi ten, konwulsyjny sen.
Koszmarem, dla mnie jest, zatraconą nadzieją,
żyjąc iluzją, śnię swe odbicie na jawie.
Gdy się w końcu obudzę, opowiem jak było,
spadać samotnie, oddychać ulotnie.
Dając chwilę wieczności, bez tej bezradności, co ją w sercu mam.
Pozostanie tam, lecz ja, chociaż sam,
na tym rumowisku przeszłości, pod stertą, rozłupanych kości.

Krzyk Muncha, rozbrzmiewa w niesłyszących duszach.
Jutro jest dziś, wczoraj jest przeszłością. Oddech mój, już gaśnie,
leżąc tak niewyraźnie, zranił mnie kamyk, poruszonej lawiny.
Pozostając, przez wieczność, na rumowisku przeszłości.

 

 

Wiersz napisany 19 marca 2010 roku…

Podziel się !

Pozostaw komentarz

obywatelpl