Wczoraj zakończył się mój pierwszy pobyt w szpitalu taki 12 tygodniowy.

Ręka do góry, kto śledzi mojego bloga systematycznie? Wiele lat starałem się sprawić by odrzucić rodzinę. Swoją nienawiść do siebie starałem się zrobić wszystko by w jakimś stopniu być znienawidzonym. Codzienne myśli
o śmierci. To poczucie wewnętrznej pustki. Pięć lat temu rozpocząłem pracę na kopalni. Myślę, że z tym mogę wiązać, moje pogorszenie zdrowia. Praca na trzy zmiany, hałas. I jeszcze wiele innych czynników sprawiło, że moje nastroje się mocno rozchwiały. Od długotrwałej depresji po chwile niezniszczalności.  Gdyby nie zmęczenie ciągłym lękiem i wydarzenia z września to nie wiem, czy zdecydowałbym się na pobyt w szpitalu. Raczej wybrałbym się na tamten świat, z przekonaniem… że zrobiłem wszystko by wszyscy czuli do mnie jedynie odrazę. Terapia grupowa, przerażała mnie wizja, tego typu zajęć. W ostatnim czasie moja fobia społeczna osiągała poziom bardzo uciążliwy, a tu mam przez 12 tygodni pracować z grupą obcych sobie osób. 

Byłbym hipokrytą, gdybym napisał że bałem się mówić o tym co zrobiłem, czy mnie spotkało. Wystarczy wejść do archiwum i prawie wszystko mieć jak na dłoni. Pierwsze tygodnie minęły w pewnym napięciu. Z nadzieją, że tak jak i w mojej miejscowości tak i na terapii wywołam wstręt do siebie. Z niedowierzaniem przyjąłem diagnozę, że to co siedzi w mojej głowie to nie jest nerwica a coś w sumie podobnego. Wiele moich zachowań, czy też wydarzeń było spowodowane chorobą. Tak nadal to ja to robiłem, jednak nie byłem do końca świadomy (i myślę że jeszcze wiele takich sytuacji się pojawi) tego co robię . Natłok emocji, czy myśli by po chwili wychodzić do pracy ostatkiem sił.
A tak wracając do emocji. Za cel życia postanowiłem sobie, by siedzieć w szklanej kuli i nie dopuścić do siebie emocji. Wydawało mi się to niewybaczalne, by publicznie okazać jakiekolwiek emocje poza radością czy gniewem. Jedno
i drugie jest u mnie zbyt impulsywne by dało się nad tym zapanować.

Tak z tygodnia na tydzień, otwierałem się na współtowarzyszy niedoli życia szpitalnego. Z drugiej strony coraz bardziej dochodząc do przekonania, że w szpitalu czuję się jak w azylu, który chciałbym nawet nazwać swoim domem.  Ustabilizowanie emocji, gdzie muszę się jak małe dziecko nauczyć nazywać, przeżywać. Mylnie myślałem, że są poza mną, że mnie nie dotykają.

Chciałem poświęcić nieco czasu na rozwój moich światów. Emocje jednak sprawiały niezłe spustoszenie w mojej głowie i często nie potrafiłem się skupić na tym by napisać chociażby jedno składne zdanie. Piszę ten post przed północą, gdzie w szpitalu dawno już spałem. Muszę wybrać receptę by nie wylecieć z regularnego zażywania leków bo będzie dla mnie katastrofa. Na koniec tylko to co poczułem, a jakże w ostatnich dwóch tygodniach pobytu.

 

Z dnia na dzień starałem się, by czuć nieco więcej. Chciałem nawet puścić wszystkie hamulce, jednak zbyt długo żyłem, by były żelazne i nie do ruszenia. Pamiętacie wiersz Lęk? Tak, poczułem i pojawiła się u mnie nadzieja, że jednak mogę pokochać. Z perspektywy czasu, krótkiej, bo krótkiej. Jednak myślę, że to było błędne przeświadczenie. Gdy teraz sobie przypominam moje próby stworzenia jakiego kolwiek związku, te nadzieje i w końcu uczucie upokorzenia gdy się otworzyłem i zdjąłem te wszystkie maski. Życie singla jest tym, co sprawia, że czuję się bezpiecznie i nie wyobrażam bym podejmował jakąkolwiek próbę. Koniec z lekcjami, by wracać do tego stanu, w którym czuję się najlepiej(bo w sumie go tylko poznałem, tak dokładnie).

 

Pytajcie, bym mógł pisać więcej, by przegonić tę szalejącą pustkę w głowie i rozrywający natłok emocji.
A teraz tabletki na spanie i do łóżka….

Ps. Warto przeczytać poniższą książkę…

[0]
0.00 zł Zobacz

Formularz zamówienia

NazwaCena
Anuluj